Co tu można znaleść? Przede wszystkim cytaty z Jana Słomki, konkretnie z rewelacyjnych "Pamiętników Włościanina". Czytając je patrzmy nie tylko na to, czego możemy się nauczyć, ale też ile rzeczy się nie zmieniło i jak skutecznie możemy sobie radzić z codziennymi problemami, korzystając z doświadczeń przodków.

Naturalne metody leczenia

Jak leczono się za czasów Słomki? Sporo się zmieniło od tego czasu. Porzucono właściwie metody naturalne, wprowadzono masowe szczepienia, zadbano o higienę. Może sumarycznie długość życia się zwiększyła, ale jakimś kosztem. Wyniknęły choroby cywilizacyjne, sporadycznie występujące w przeszłości: cukrzyca, miażdżyca, nowotwory, nadciśnienie itp. To znacznie poważniejsze problemy niż trądzik czy inne pryszcze. Dobra, ale zobaczymy już co pisze guru Słomka:

Leczyli się dawniej najwięcej sami swojemi domowemi środkami, szczególniej ziołami, jak: kwiat lipowy, kwiat bzowy, piołun, macierzanka, podbiał, babka, gorczyca i t. d. Zioła te każda gospodyni zbierała najwięcej w maju, suszyła i przechowywała na wypadek słabości. Wstydziła się, jeżeli w razie potrzeby nie miała ziela w domu, - taką nazywali niedbałą i leniuchem.
Jak kto zachorował, to do ostatka omijał doktora, a chodził do znachorów, których nie brak było wtedy po wsiach, a którzy chorób nie leczyli, tylko zażegnywali. Do tych cudownych "lekarzy" szli nieraz kilkanaście i więcej mil, bardzo często do Królestwa Polskiego; a jeden zasięgał nieraz rad i dla innych chorych, którzy się w drogę wybrać nie mogli, przynosząc z sobą ich koszule i mocz. Pamiętam dobrze, bo już byłem żonaty, - na cały powiat był wtedy jeden lekarz, gdy teraz jest lekarzy kilkunastu i z trudnością mogą obsłużyć wszystkich chorych; wtenczas ten jeden nie miał kogo leczyć i miał się biedno. Jak pomarł, to ksiądz w przemowie nad grobem jego zaznaczył, że w "nędzy pozostawił żonę i dzieci". A był dobrym lekarzem, nazywał się Babirecki. Sklep z lekarstwami czyli apteka była również jedna, i aptekarz był także niebogaty; teraz jest pięć aptek, a wszystkie mają się bardzo dobrze.
Jeżeli do chorego na wsi przyszedł kiedy lekarz, to zamiast lekarstwa z apteki kazał najczęściej uwarzyć odpowiedniego ziela, które gospodyni miała zasuszone, lub zlecał pijawki, bańki albo upuszczanie krwi.
Upuszczanie krwi było u starych ludzi po prostu nałogiem. Upuszczali sobie trochę krwi corocznie, a dokonywał tego cyrulik, najczęściej żyd, przez nacięcie żyły na ręce. Czasem jednak zdawało się niejednemu, że cyrulik za mało krwi upuścił, — bywało więc, że przyszedłszy do domu, sam sobie więcej upuszczał, "aż odeszła krew czarna, zepsuta od pracy". Potem taki przeleżał się kilka godzin w łóżku i czuł się — jak powiadał — lekki i ochotny do pracy, "wyszło mu z plec strzykanie".
Babka moja, która — jak wspomniałem — dożyła prawie 70 lat, co roku, gdy przyszła jesień, narzekała na plecy i w ogóle, że wszystko ją z pracy boli. "Czas przychodzi, kiedy zawsze krew puszczam", mówiła i szła do cyrulika — żyda.

Jeżeli zachorował ktoś starszy, to mówili, że już ma lata i żaden ratunek już mu nie pomoże, a nawet sam chory mówił, żeby się na doktora i leki nie tracić, bo już mu czas przychodzi, takie przeznaczenie Boskie, że trzeba umierać.
Fajnie pisze też Przemek Wilk